2009年 2月 9日, 22:56
Pon 9 II – Marillion
***
Dla organizatorów pała ze sprawowania. Z dwóch powodów. Po pierwsze za to, że spędzenie wielu minut w kolejce do szatni zaowocowało jedynie tekstem "brak miejsc". Po drugie za to, że Marillion zaczęło grać zanim wpuszczono wszystkich posiadaczy biletów - rzecz niewybaczalna!
Zaś sam koncert?
Legenda Marillion obrosła w pióra. Problem polega na tym, że ważą one za dużo, by pozwolić zespołowi wzbić się na wyżyny. Grupa nastawiona była na fanów, znających słowa każdej z ich piosenek na pamięć, a obcowanie na jednym metrażu ze Stevem Hogarthem wystarczy im do odczucia satysfakcji z zakupionego biletu. O promocji wśród nieznających dokonń Brytyjczyków trudno w ogóle mówić. Koncert uświadomił, jak mało jest utworów znanych niewtajemniczonym w progresowny rock światek. Żaden z singli nie stał się hitem (najbardziej przebojowy z całej tracklisty zagranych kawałków to promujący ostatni album "Whatever is wrong with you", otwierający pierwszy bis i śpiewany chyba przez większość publiczności). Jednak zespół bynajmniej nie czuł się przez to niszowo - wręcz przeciwnie - niekiedy wręcz kaznodziejsko. Miało być wzniośle - wyszło patetycznie. Przede wszystkim przez manierę przyjętą przez Steve'a dopełnianą ckliwymi fotografiami rzutowanymi na wyświetlaczu. Nie uczyniło to z koncertu misterium. Najmocniejszym punktem występu było... jego zakończenie, kiedy Steve nakazał publiczności śpiewać tytułowe słowa utworu "Happiness is the road" en razy. Wtedy czuć było najsilniejszą więź z artystą, który niepostrzeżenie zszedł ze sceny. Tyle konceptu, a szkoda, bo ileż można bawić się w klaskanie i drzeć gardła?
Kolejna próba udowodnienia polskim fanom, że Marillion to coś więcej niż Fish i "Kayleigh" zakończyła się fiaskiem. Steve'a pozostaje cenić za przyzwoitą płytę.